Recenzja Thomas Datt - Inside The Glacier

W moje dłonie wpadła świeżynka w postaci albumu Thomasa Datta zatytułowanego „Inside The Glacier”. Przyznam się szczerze, że nie miałem pojęcia, czego można się spodziewać po ów krążku. Mimo to, chętnie przystąpiłem do odsłuchu całości materiału. Jeśli jesteście ciekawi mej opinii – zapraszam poniżej.



Z informacji, które wyczytałem w internecie na temat albumu, mamy tu do czynienia z chilloutowymi klimatami. Gdy się o tym dowiedziałem, natychmiast założyłem słuchawki na uszy i rozpocząłem odsłuch. Nic bardziej nie dodaje uroku sierpniowym wieczorom, niż spokojne, nieco mroczne utwory.
        Thomas Datt do naszej dyspozycji udostępnił 19 tracków, plus jeden bonusowy. Wszystkie, jak wspomniałem, utrzymane są w tym samym klimacie. Czyli totalny luz, chillout i spokój. Nie powiem – brzmi to naprawdę fajnie, o ile oczywiście gustujecie w takich rytmach. Warto nadmienić, że na płycie nie zostały umieszczone dodatkowe partie wokalne,  na „featach” są tylko i wyłącznie producenci – Kenidel Lopez i Cat Martin.


        Nie ma co się czarować – płyta jest dość trudna w odbiorze. Nie chodzi bynajmniej o to, że trzeba się zmuszać aby czegokolwiek posłuchać, albo dotrwać do końca. Wręcz przeciwnie. Ja mam na myśli, iż trzeba się nieco bardziej skupić na tej muzyce. Płyta zdecydowanie nie nadaje się jako dodatek do codziennych czynności na komputerze. Za to z pewnością sprawdzi się podczas nocnego spaceru, czy wieczornego chilloutu. Nie mówię również, że jest to muzyka „ambitna”, bo wtedy słuchacze shoegaze’u, noise’u, dark ambientu i innych trudnych brzmień by mnie wyśmiali.  Jestem jednak pewien, że nawet tak specyficzna grupa odbiorców, jak fani hałasu i innych wariactw, nie przeszliby obok tej płyty obojętnie, gdyby jej przesłuchali.

        Do produkcji, autor zastosował cały szereg dźwięków. Usłyszymy bardzo długie pady, różne kombinacji melodii, instrumenty VSTi, jak i zmieniające się synthe. To całkiem spory atut, bowiem każdy utwór się od siebie różni, przez co nie mamy wrażenia słuchania cały czas tego samego kawałka. Moi faworyci z płyty to otwierający „Eclipse in New York” (głos ludności z ulicy tętniącej życiem nadaje niesamowitego klimatu) oraz „Seven Bells” (niesamowity, urzekający i pełen głębi bass, do tego  podniosła melodia czyni tą pozycję naprawdę wartą uwagi).
        Jak dla mnie – „Inside The Glacier” to kawał porządnej muzyki. Dla fanów spokojnych brzmień Thomas dostarczył sporo pozytywnych emocji, więc jeśli słuchasz chilloutu – powinieneś (-aś) być zadowolony (-a). Osobiście, na takie rytmy muszę mieć „fazę” – czuję, że nadejdzie już za dwa miesiące, podczas długich, nudnych i cholernie zimnych jesiennych wieczorów. Wtedy „Inside The Glacier” sprawdzi się idealnie.


http://levanda.pl | Miejsce na link |