Marco V - Propaganda
abvot, 01.07.2009, 08:47
Artykuły pokrewne
Marco V - Propaganda - 01.07.2009, 08:47
Dane techniczne
Rok produkcji: 2009
Ilość CD: 1
Cena: 34,90
 
Średnia ocen to
 



Marco V, niepozorny Holender w czasie swojej niezwykłej kariery, zdołał umiejscowić swoje imię wśród najważniejszych didżejów i producentów EDM. Powściągliwość w promowaniu swojej osoby i unikanie rozgłosu, sprawiały, że to właśnie jego muzyka mówiła za niego, odważnie głosząc dźwiękowy manifest i subtelnie kształtując muzyczne gusta słuchaczy. Zawsze był on ogromną częścią moich muzycznych pasji, choć w późniejszych latach nieco się od niego oddaliłem, gdy – podobnie jak inni producenci – skupił się na bardziej „minimalistycznej” muzyce. Dlatego też, szczególnie interesujące wydaje się być posłuchanie, jak doszło do stworzenia Propagandy, jego trzeciego studyjnego albumu, a zarazem pierwszego od trzech lat. Ostatni, 200V, był z każdej strony świetny, łączył najbardziej wpadające w pamięć single tech-trance z minionych 5 lat – a jak wygląda najnowsza płyta?


Melodie z singli poprzedzających ten album były obiecujące; Coma Aid stała się klubowych hitem, w pełni ukazując geniusz Marco V, który wybrał najgorętsze popowe kawałki lat 80 od Kim Wilde i zmienił je w wyjątkowe przeboje parkietu. Pokazało to również jego dar do tworzenia tytułów – Coma Aid jest anagramem Cambodia (pomijając literę B), oryginalnej nazwy utworu. Kolejny singiel Unprepared, to typowy wokalny kawałek w stylu Marco, ze świetnym nastrojowym męskim wokalem, prawdopodobnie Benjamina Batesa, bo nikt inny takiego nie posiada, oraz kolejnym ukłonem w stronę lat 80 poprzez tętniącą linię basową w stylu retro. Na Solitary Confinement, łączy siły z raczej nieznaną brytyjską piosenkarką, Khashassi i jej szczerym, emocjonalnym głosem na tle szorstkich, paranoicznych syntezatorów – jest to jedna z głównych atrakcji albumu.


Jednak w przeciwieństwie do 200V, które skupiło się na wyniesieniu wokali na pierwszy plan, Propaganda jest inna. Marco zastąpił wokale smyczkami, zaskakującymi, pięknymi smyczkami, które gwałtownie eksplodują w niemal każdej ścieżce. W rzeczywistości, brzmi to tak, jakby Marco V współpracował nad nowym albumem Hybrid, co najbardziej objawia się w genialnym Chemicals, z klimatycznym, orkiestralnym falowaniem, wyłaniającym się z potężnej linii basowej w sposób, który przypomina Just For Today, arcydzieło Hybrid. Gdzie indziej pojawiają się bardziej obłąkane melodie smyczkowe – Treviso – oraz przepiękne Digital Indentiti, bazujące na subtelnych elementach orkiestralnych z zniekształconym, minimalistycznym groove.


Znajdziemy tu też obowiązkowy moment downbeat, w nowym singlu, The Man Who Wasn’t There, rozkosznym, sennym, ambientowym krajobrazie, który narasta aż do emocjonalnego punktu kulminacyjnego, który jest więcej niż pokłonem w kierunku klasycznego C:del*.mp3. Marco stworzył też inspirowane muzyką trance Ritual Purification, świetną mieszanką szalonych minimalistycznych beatów i syntezowanych melodii wspartych samplami ze wspaniałym męskim wokalem. Natchnione trashowym techno, Journey Into Sound, poprzez swój intensywny beat i tętniącą linię basową oraz zwariowanymi fragmentami wokali, skupia się na parkiecie, a Counterpoint, to interesujący, jeśli nie „brudny” mix pomysłów, które w pewnym momencie niemal stykają się ze stylem psy. Album zamyka mocne, smyczkowe WRC Theme, jeden z najbardziej futurystycznych hitów na parkiet jakie słyszałem. Główne tło łatwo wpada w ucho, a melodie smyczkowe cechuje duży dramatyzm, podświadomie widzę tu ogromną halę z wielkimi laserami, jest to dopełnienie klimatu całego albumu.


Marco V, poprzez ten głęboki i przemyślany album, udowadnia, że jego muzyczna wyobraźnia wciąż tak bujna i płodna jak wcześniej. Dzięki jego zdolnością, minimalistyczne podstawy większości kawałków nie dziaaja na ich niekorzyść, ale są zalane świeżymi i gorącymi pomysłami, smyczkami i kilkoma świetnie zastosowanymi samplami wokali, które nadają albumowi pasjonacką, wibrującą duszę, a nie zmieniają – jak to często dzieje się u innych – w zimne, pozbawione życie beaty. Album jest bardzo płynny, gdyż utwory, choć nie są zmiksowane, nachodzą na siebie, Marco wymedytował je tak, by perfekcyjnie do siebie pasowały. Jest to szczególnie widoczne przy świetnym przejściu do Coma Aid. Znajdziemy tu również wspaniałe, specjalnie dobrane artworki, które opowiadają historę walki Marco ze złem. Jedyną wadą jest niedostatek, charakterystycznych utworów wokalnych, choć nie jest to też za bardzo odczuwalne. Oczywiście album nie jest tak dobry jak 200V, ale niewiele mu brakuje. Marco V udowadnia, że jeśli chodzi o wybieganie w przód na polu produkcji, przemyślaną, klubową muzykę, to właśnie on pozostaje w czołówce. Co ciekawe, to dopiero pierwsza część i z pewnością, miło będzie zobaczyć, co nastąpi dalej… 4.5/6

 
Komentarze (2)

Wujaszek

Nie jestem fanem takich brzmień, ale Propaganda dobrze wpada w ucho

przemek87lbn

a mnie się ta płyta po prostu nie podoba, dałbym maksymalnie 3, ale recenzja jak najbardziej interesująca

TOP